DZIECKO, KTÓREGO NIE BYŁO

THE NEW YOU

 

Miał na imię Rysio. Podobno poznali się w przedszkolu, był w starszakach. Pochodził ze Szwecji, ale dobrze mówił po polsku. Chętnie bawił się z młodszym kolegą, a to bywa rzadkością, wśród chłopców w tym wieku. Kiedy się pojawił, miał łysą głowę, ale włosy zaczęły mu szybko odrastać. Już kilka dni później fryzurą przypominał jeżozwierza.

Rodzice nie przyprowadzali go do przedszkola codziennie, czasem po kilka dni nikt nic o nim nie słyszał, nikt nie wiedział co się u niego dzieje.

Aż któregoś dnia przyszła ta szokująca informacja.

Rysio nie istniał.

 

Przedstawiam państwu, choć to nieco dziwne, bo sama go przecież właściwie nie znam, wymyślonego przyjaciela mojego trzyipółletniego syna. Rysio ma lat piętnaście, ale nadal chodzi do starszaków. Czasem przychodzi do Biedronek i lubi się bawić klockami. Teo twierdzi, że jest grzeczny, ale śmiem w to wątpić, biorąc pod uwagę fakt, że to Rysio jest zawsze odpowiedzialny za wszystkie zniszczenia w moim domu. I za pomalowaną na czarno twarz. I za rozlaną herbatę. Z mojej perspektywy Rysio to naprawdę konkretny łobuz.

Pierwszy raz usłyszałam o nim właśnie przy okazji czarnej buzi Teo. Mój syn stał przed lustrem od pięciu minut i z wielkim zapamiętaniem malował się, zmoczoną wcześniej czarną kredką, po twarzy. Zrezygnowana spytałam go dlaczego to zrobił, przecież teraz będzie musiał szorować buzię mydłem, a wszak tego nie znosi. Wtedy, bez chwili zawahania, odparł, że to nie on. To Rysio.

„Rysio?” – zdziwiłam się – „Jaki Rysio?”

I usłyszałam całą historię. Rysio mieszka z rodzicami w Szwecji, a Szwecja jest bardzo blisko, jeździmy tam przecież wszyscy nieustannie, w weekendy, i Rysia, oraz jego szwedzkich rodziców, odwiedzamy. Rysiu zna naturalnie szwedzki, ale najczęściej rozmawia po polsku, to jego język rodzinny. Czasem ma lat osiemnaście, innym razem „piętnaście i jeden”, co, jak już ustaliłam, na pewno nie oznacza szesnastu. Jednocześnie jednak ma zapewne problem z hormonem wzrostu, bo Teo twierdzi, że nie jest od niego wyższy ani odrobinkę.

„Jest dokładnie taki jak ja” – powiedział z absolutną pewnością, w którą nie śmiałabym wątpić.

Rysio owszem miał ogoloną głowę, sam tego chciał, po zasłyszeniu piosenki o chłopcu z ogoloną głową. Jednak teraz włosy zapuszcza, chce mieć długie.

„Znowu tak jak ja. W sumie często robimy to samo” – zamyślił się mój syn.

Na pytanie czy Rysio u nas mieszka, Teo się obruszył. Jakże inny chłopiec mógłby mieszkać z nami, skoro ma rodziców? A, że jest u nas w domu, razem z Teo, i podczas kolacji, i w wannie, i w łóżku kiedy zasypiają, to już inna sprawa. Widocznie jest bardzo towarzyski, to wszystko.

Każdego dnia poznajemy Rysia odrobinę lepiej.

Czasem sobie myślę, że fajnie było by go poznać osobiście. Z drugiej jednak strony nie chcę być matką kwoką. Wiadomo przecież, że mali  chłopcy mają czasem swoje chłopięce sprawy, w które żadna mama nie powinna się wtrącać. Taka już jest kolej rzeczy.

 

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “DZIECKO, KTÓREGO NIE BYŁO

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s