JAK UCZYĆ DZIECI JĘZYKA ANGIELSKIEGO?

sara

Dziś będzie zaiste bardzo prawdziwy i aktualny post. Ostatnio więcej czasu niż z własnymi dziećmi, spędzam ze swoimi uczniami. Często myślę sobie jednak, że jest sporo rodziców, którzy nie mają, z różnych względów, możliwości posyłania dzieciaków na zajęcia dodatkowe z angielskiego, a jednocześnie nie do końca przekonani są o wysokim poziomie w przedszkolu czy szkole. Jak takie osoby mogą w domu, bez gigantycznych nakładów pracy, wspomóc naukę języka u swojej latorośli?

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, rodzic wcale nie musi być mistrzem języka. Także jeśli pomyślałaś/eś „szit, to nie dla mnie, umiem tylko odmianę <<to be>>, bo oglądałem/am Dzień Świra”, to bez spinki. To będzie poradnik dla każdego.

  1. YouTube i Spotify

Kocham te dwa serwisy miłością największą. To ile genialnych piosenek można znaleźć w ciągu kilkunastu sekund rozpala moją wyobraźnię i podnieca mnie nie gorzej niż 50 twarzy Greya. Naprawdę, dzieciakom wystarczą banalne nursery rhymes, które usłyszą 10 razy, a zaskoczą Cię perfekcyjną wymową i zrozumieniem piosenki w najdrobniejszych niemal szczegółach.
W mojej szkole pracuję metodą Helen Doron, która opiera się właśnie na słuchaniu nagrań. Codziennie. Dzieciaki przez ok. 3 miesiące słuchają w domu codziennie tej samej płyty. Jest to zapis audio scenek, które można też obejrzeć na dvd. Płyta sobie leci w tle codziennych aktywności a młody obywatel w tym czasie układa sobie klocki, kompletnie nieświadomy wiedzy, która samoistnie wchodzi mu do głowy. Potem taki młody człowiek przychodzi na lekcje i zaskakuje Cię stuprocentowo świadomym wykorzystaniem konstrukcji gramatycznej, której nikt nie musiał mu tłumaczyć na polski. Słabo? To się nazywa magia podświadomości.
Kiedy nie mamy możliwości zapisania dzieci na akurat taki kurs, możemy zawsze poszukać nagrań na wyżej wymienionych serwisach. Zróbcie mały eksperyment i wybierzcie jakąś playlistę, ok 15 min. Puszczajcie ją dziatwie przez 2 tygodnie codziennie, bez odstępstw, a zobaczycie co się wydarzy.

Moja ulubiona anegdota, dotycząca osłuchiwania się z językiem i jego mocy, dotyczy akurat mojej najstarszej grupy nastolatków, ale mechanizm jest identyczny jeśli chodzi o maluchy. Akurat robiliśmy rozgrzewkę, dzieciaki wyciągały z pudełka przeróżne pytania zapisane na karteczkach, i odpowiadały na nie. Jednym z nich było „do you wear any makeup today?”. Dziewczynka mówi: „only mascara”. Na co druga, od niechcenia, dodaje: „Get the London look”.
I to „Get the London look” zostaje wypowiedziane z tak perfekcyjnym, brytyjskim akcentem, że głowa mała. Przysięgam, choćbym chciała, choćbym próbowała, choćbym na głowie stanęła i klasnęła uszami, nie wyuczyłabym nijak czegoś tak perfekcyjnego. Po prostu, usłyszała to zdanie tyle razy, gdzieś w tle, w trakcie reklam, których nikt nie ogląda, i BAM. Weszło do głowy. Jest.

My personal favourite na YouTube? Mother Goose Club.
Bierzcie i puszczajcie z tego wszyscy, oto bowiem jest rzecz dobra. Dobra, w przeciwieństwie do otwierania kinder jaj i filmików o klejeniu z ciastoliny, co do których zawsze mam wątpliwość czy za chwilę nie wyskoczy w nich goła baba.
[Btw. kim są ludzie, którzy robią powyższe „filmy”?! zawsze mnie to intrygowało…]

 

A najlepsze na Spotify? Dora the Explorer ❤

 

2. Zabawki handmade

Nie wiem jak żyli nauczyciele w czasach przedpinterestowych. Prawdopodobnie mieli takie wielkie, zapisane od A do Z, kajety, którymi wymieniali się w przerwie wakacyjnej. My, nauczyciele lat ’10 XXI wieku, mamy Internet a w nim prawdziwą kopalnię wiedzy i pomysłów. Umówmy się, 3/4 dzieci rzuca nowymi zabawkami w kąt średnio po 3 czy 4 dniach. Czy więc nie przyjemniej byłoby na to, co zostanie pizgnięte bądź zapomniane, wydać złotych 5, zamiast 59,99? Fakt, czasem trzeba przy tym chwilę posiedzieć, oderwać się od wieczornego relaksu. Uwierzcie, mi tez się zazwyczaj nie chce, ale satysfakcja (własna i dzieciowa) jest nieporównywalnie większa.
Tym sposobem zrobiłam np. przebanalne urządzenie do nauki liczenia, które zajęło Lunę na ładnych kilka dni. Wystarczyła długa rolka papieru (np. od ręczników papierowych), dwie małe rolki, szersze w obwodzie od długiej, farby i taśma izolacyjna. Długą rolkę pomalowałam w tęcze, mniejsze pocięłam na wąskie obręcze i obkleiłam srebrną taśmą. Następnie dłuższą rolkę przymocowałam do podstawy z kawałka kartonu (również za pomocą taśmy <3) i viola. Małe obręcze nakłada się na stojący pałąk, licząc je przy okazji po angielsku.
Ja wiem, ja rozumiem, że to jest podpunkt kontrowersyjny dla większości rodziców, którzy (jak ja zresztą) mają głęboką panikę, kiedy dowiadują się, że istnieją na świecie matki, co to w wolnych chwilach wycinają, kleją, tapicerują meble i wyplatają kosze z wikliny. Naturalnie w tym samym czasie drugą nogą wypiekają muffinki na przedszkolne przedstawienie i organizują baby shower przyjaciółki. No mi to jakoś nie chce nijak wyjść, i serio, już sama opcja z gatunku „pomalujmy razem farbami” w weekend była w mojej rodzinie wydarzeniem na skalę światową.

Niemniej, ostatnio coraz mocniej odkrywam moc własnoręcznie wykonanych zabawek i pomocy do nauki. Tak się poskładało, że w mojej szkole, to właśnie te pomoce 3D, niepowtarzalne, wyjątkowe, niekoniecznie przyniesione ze sklepu, robią największą furorę. W rezultacie staram się przełamać swój strach (i lenistwo, ale ciiii…) i tworzyć.

Ogranicza nas tylko wyobraźnia 🙂

IMG_5272.JPG

Peek-a-boo board, czyli tablica z okienkami.
Zrobiona z dwóch skrzynek „Cukiernia Lidla” (yep, Lidl to moja religia), guzików (na dziale craftowym w Empikach są hiper tanie guziki) i kolorowego papieru, przy współudziale bohaterskiego pistoletu do gorącego kleju, oraz unikatowego chińskiego zszywacza tapicerskiego.

 

IMG_4033.JPG

Jakoś tak zawsze żal mi było pieniędzy na zestaw lekarza, więc jak człowiek Teo chciał się pobawić to na szybkości narysowałam i wycięłam. Można się wycwanić i elementy wydrukować, a prawdziwe kozaki później to jeszcze laminują (laminator, najlepszy przyjaciel matki).
O krzyż nie pytajcie, Teo twierdził, że będzie nim leczył najbardziej oporne choroby (!!! 😮 ).

 

3. Książki po angielsku

FullSizeRender.jpg

O Boże, Boże, Boże, jak ja kocham TKMAXX. Tzn. tak naprawdę to nienawidzę TKMAXX za większość rzeczy, które charakteryzują TKMAXX, a głównie za to, że czuję się tam jak w cholernie drogim lumpeksie, jednak wszystkie wady rekompensuje dział z anglojęzycznymi książkami. Za złotych siedemdziesiąt dziewięć z groszami, albo najwyżej złotych dziewięćdziesiąt dziewięć, z groszami, można nabyć paczkę książek, 8 czy 10 sztuk. Wszystkie rewelacyjnie ilustrowane, estetycznie ładne (na tle polskich koparek marka to jest naprawdę uczta dla oka), dowcipne, niebanalne.

Młodzież naprawdę nie musi od razu rozumieć wszystkiego. Podejrzewam wręcz, że Teo, który naprawdę jest niezły z angielskiego (m.in dlatego, że w naszym domu rozmawiamy również po angielsku, z racji Lukasa czyli mojego najstarszego pasierba, pół-szwajcara który nie zna polskiego), nie kuma większości, a już na pewno nie ogarnia skomplikowanej fabuły. Jednak nie to jest najważniejsze, najważniejsze jest osłuchanie się z melodią języka, poznanie jego wyjątkowego brzmienia, niuansów. To daje maluchowi przygotowanie do późniejszej głębszej i bardziej wnikliwej analizy gramatyki, czy słownictwa.

 

 

 

4. Keep Calm and nie próbuj być ideałem

Jeśli jednak zupełnie serio nie masz siły, ochoty, umiejętności, czasu, energii, ani czegokolwiek innego, co uważasz, że jest niezbędne do tego, żeby z malcem pracować, nie przejmuj się.

Zawsze są jeszcze takie super fajne szkoły angielskiego dla dzieci, gdzie super fajne panie uczą i skaczą, i tańczą, i śpiewają, i turlają się po ziemi, i robią hamak, i po prostu prześwietnie się bawią 🙂

Damn, całkiem sprawnie mi wyszła ta reklama, co nie?

 

A tak serio, jeśli potrzebujecie, pragniecie, po prostu zwyczajnie chcecie, więcej pomysłów – linków do filmików, do appek, do piosenek na spotify, albo poszukujecie wzorów do craftów, piszcie śmiało tu w komentarzach, lub gdziekolwiek indziej (może być nawet gołębiem pocztowym). Postaram się pomóc na miarę swoich możliwości 🙂

 

 

Reklamy

5 uwag do wpisu “JAK UCZYĆ DZIECI JĘZYKA ANGIELSKIEGO?

  1. Świetne pomysły, nie wiem czy nie za wcześnie dla nas na papierowe zabawy- mój Tymon skończy za 2dni 7M 😉 . Od jutra bezapelacyjnie zaczynamy słuchać Dory, jak słyszę te polskie piosenki o niczym, które na Spotify śpiewają niezbyt ładne głosy, o aranżacjach nie wspomnę- może lepiej będzie słuchać w tle czegoś, co pewnie prędzej czy później zaowocuje. Tulimy na dobranoc 🙂

    Polubienie

  2. U nas zaczęło się od tego, że zamiast polskich bajek puszczałam świnkę Peppe w oryginale. Potem puszczałam piosenki po angielsku i czytałam książeczki. Maja ma 3,5 roku i ma super akcent. Mój brat, który na codzień mieszka w Londynie, podczas wizyt mówi do niej po angielsku i ona…rozumie, ale odpowiada po polsku. Całkiem nieświadomie, zupełnie instynktownie i na pewno bez ciśnienia … chyba jej pomagam z nauką języka. Ja uczę się tak samo. Staram się codziennie słuchać podcastów, audycji po angielsku i mózg jakby troszkę się wyrabia. Pozdrawiam 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s