AH ŚPIJ, KOCHANIE… czyli wszystko, co wiem o usypianiu niemowląt

N61S9S9XGC

To jest notka z gatunku „jeśli napisałabym ją pół roku temu to byłabym winna depresji u ponad połowy czytelników” 🙂 Na szczęście zostawiłam sobie ten, jakże nośny, temat, na moment, kiedy kwestia usypiania została, mniej więcej, w naszym domu opanowana.

Nie będę was trzymać w napięciu i powiem od razu na wstępie, że moje dzieci były naprawdę bardzo trudne jeśli chodzi o kwestie około-senne. Zarówno Teo, jak i Luna, od pierwszych dni swojego życia manifestowali bardzo stanowczo to, że sen nie jest numerem jeden na ich liście priorytetów. Kończyło się to zazwyczaj drzemkami po 10-15 minut, i nieustającym rykiem/płaczem/jęczeniem (zależnie od fazy księżyca, chyba) wynikającym – a jakże – z permanentnego zmęczenia. Lecz cóż z tego, bo weź, spróbuj wytłumaczyć niemowlakowi, że choć kompletnie o tym nie wie, to jest bardzo zmęczony i powinien iść spać. Nie ma słów, nie ma metod.

No właśnie? A może jednak?

Zrozumieją mnie najlepiej Ci rodzice, którym w loterii życia trafiły się podobnie ciężkie, jak mi, przypadki. Rodzice tych spokojnych patrzą się na nas zazwyczaj jak na ufoludki, bo „po co tak nosisz, przyzwyczaisz, umęczysz się, kręgosłup ci wysiądzie, na pewno da się go/ją uśpić bez tego całego cyrku, popatrz tylko na mojego Jasia jak słodko sobie śpi, już piątą godzinę”. No tak, to były te momenty, w których jedynie brak wystarczająco ostrego narzędzia w pobliżu, powstrzymywał mnie przed rozpłataniem interlokutora. Zdarzają się bowiem dzieci, których najzwyczajniej w świecie nie da się uśpić tak po prostu. Zazwyczaj proces odprawiania takiego potomka do krainy Morfeusza jest ściśle określonym rytuałem, złożonym z kilkunastu, wynikających z siebie (lub też nie wynikających 😛 ) kroków. Pominięcie któregokolwiek, lub wykonanie go w sposób odbiegający od standardu, kończy się rykiem/płaczem/jęczeniem (ponownie, zależnie od fazy księżyca, tak podejrzewam).

Najgorsze są pierwsze dni. Jesteś zmęczona po trudach porodu, wszystko Cię boli, często nie możesz prosto usiąść ani wygodnie się położyć, martwisz się czy masz wystarczającą ilość mleka, czy dziecko się najada. Wszystko jest nowe (nawet jeśli nie jest to pierwsze dziecko), a zbawienny sen, który mógłby pomóc się zresetować i podołać nowej sytuacji, nie nadchodzi. Młody człowiek nijak nie chce współpracować. Pojawiają się dzikie marzenia o wycieczce do toalety, albo – szaleństwo – o prysznicu, lecz pozostają w strefie marzeń, bo jakakolwiek próba oddalenia się na więcej niż 30cm od małego ssaka kończy się, tak tak, rykiem/płaczem/jęczeniem (księżyc!).

Bardzo często na różnych grupach dla mam trafiam na desperackie posty z prośbą o pomoc. Sama takie posty pisałam (i za jednym, i za drugim razem). Niestety nie ma jeszcze żadnej magicznej mikstury (skrzydło nietoperza, pół przejechanej przez samochód żaby, garść księżycowego pyłu), ani gwarantującego sukces rytuału (trzy obroty przez lewę ramię, pięć podskoków na prawej nodze, trzy skłony i jeden przysiad). Są natomiast pewne pomysły, które mogą się przydać tym, którzy mają wrażenie, że spróbowali już wszystkiego.

Oto moje złote rady 🙂 :

  1. Piłka do fitness – Tak tak, taka duża, dmuchana piłka. Przyda się bardzo jeśli trafił nam się człowiek, który aby zasnąć potrzebuje długieeeeego bujania. Z Teo o piłce dowiedziałam się dość późno, od Pawła Zawitkowskiego, którego wezwałam w desperacji pt. „napraw Pan moje dziecko bo na pewno jest zepsute”. Dzięki niej oszczędziłam swoje kolana, które po pierwszym miesiącu majtania się na prawo i lewo, bolały już nawet gdy leżałam. Na takiej piłce po prostu siadamy, trzymając dziecko na rękach. No i sobie skaczemy. Nie nazbyt intensywnie, oczywiście, żeby nie wystrzelić z dziedzicem jak z procy. Właściwie sami szybko wyczujemy najlepsze tempo dla naszego malucha. Piłkę polecam umieścić w jakimś strategicznym punkcie mieszkania (a jeśli mamy większy dom to najfajniej mieć dwa egzemplarze – po jednym na piętro), np przed telewizorem, na którym przezornie nagrywamy sobie wszystkie sezony dr. House’a (sprawdzone info). Jak się człowiek odpowiednio wkręci w jakąś zagadkę medyczną to okazuje się, że szybko traci rachubę w czasie skakania 🙂 PS. Dodatkowy atut tego rozwiązania – ponoć takie hopsasanie dobrze robi na kształt pupy i ud :>
  2. Kokon – Na rynku są już dostępne profesjonalne kokony 😉 zwane woombie, tudzież, z polska, otulacz. Za pomocą tego kawałka materiału z suwakiem zamienimy nasze dziecko w całkiem słodką dżdżownicę. Dla wielu wydaje się to zabieg dość brutalny, bo mały człowiek nie jest właściwie w stanie ruszyć żadnym odnóżem, niemniej jest udowodnione, że niemowlęta wprost uwielbiają być tak skokonione. Naturalnie, przypomina im to znaną od 9 miesięcy sytuację z brzucha mamy, w którym nie było zbyt wiele miejsca 🙂 Dodatkowym plusem jest to, że dziecko wpakowane w kokon dużo łatwiej jest odłożyć do łóżeczka, kołyski, czy wózka – ponieważ mniej odczuwa przerażającą, otaczającą go przestrzeń. W przypadku moich dzieci, a zwłaszcza Teo, tutaj wydarzały się najciekawsze kombinacje alpejskie. Tzn. obywatela pakowałam w woombie, następnie do rożka, takiego lekko utwardzonego, w tym wszystkim bujałam na piłce i dopiero wtedy mogłam odłożyć. Brak rożka sprawiał, że kontakt z materacem wybudzał człowieka w ciągu sekundy 🙂
  3. Szum – już nasze babcie i prababcie „szuszały” dzieciom do uszka na uspokojenie. Potem jakiś genialny człowiek wpadł na to, że nawet najbardziej kolkowego wyjca, uspokaja odgłos włączonej suszarki, odkurzacza czy okapu. To znowu kwestia wspomnienia życia płodowego. W brzuchu mamy dziecko słyszy wszystkie przepływy krwi. Na dodatek jest całe zanurzone w wodach płodowych, a wiemy jak fajnie nam szumi w uszach kiedy trzymamy głowę pod wodą 🙂
    W moim wypadku szum działał akurat tylko na Teo, ale za to w wersji ekstremalnej. Pierwsze 3 miesiące minęły nam przy nieustannym dźwięku odpalonego odkurzacza, dopiero po tym czasie udało nam się dziecia przekonać do wersji szumu z aplikacji na telefon. Niemniej, przy tej aplikacji, musiał spać każdą noc, całą noc, aż do 10 miesiąca życia. Szaleństwo czy nie – sprawiło to, że właściwie przesypiał noce, podczas gdy przed odkryciem szumu budził się średnio co 30-40 min.
  4. Delikatny desant – To moje autorskie określenie na sposób, który najlepiej sprawdzał się u Luny. Jeśli czułam, że muszę koniecznie oddalić się od swojej córki, przynajmniej na 15 minut, aby nie zwariować i nie zacząć wygryzać dziur w ścianach, stosowałam metodę delikatnego desantu. W naszym wypadku kroki wyglądały następująco – usypianie na piłce, z jakimś kocykiem lub pieluszką bambusową przy buzi, kładzenie się do łóżka z dzieckiem śpiącym w zagłębieniu przedramienia (pozycja jak do karmienia), delikatne przekręcanie się na bok tak aby dziecko dotknęło pupą i bokiem ciała, łóżka. Po tym następowała krótka przerwa techniczna, bo oczywiście zetknięcie z materacem powodowało lekkie wybudzenie, ale kiedy Luna widziała, że jestem obok i nadal ją „trzymam” zazwyczaj usypiała dalej. Po ok. 15 minutach delikatnie wyciągałam rękę spod głowy dziecka i… znowu czekałam 10-15 min. Ostatnia faza delikatnego desantu to prawdziwa umiejętność godna sapera – należy wycofać się z łóżka, najlepiej w ogóle nie wydając żadnego odgłosu i nie powodując poruszenia się podłoża 😛 Złota rada – łatwiej jest to wykonać na twardych materacach.
  5. Chusta – To chyba sposób, który moi obserwatorzy z Instagrama znają najlepiej. Jest według mnie najmniej upierdliwy, z czasem również najmniej pracochłonny i najmniej frustrujący, bo rzadko kończy się niepowodzeniem 🙂 Okazuje się bowiem, że większość, nie bójmy się tego określenia, trudnych, noworodków, po prostu nie chce być ani chwili bez mamy. Całe to wybudzanie się po kilkunastu minutach w łóżeczku to atawistyczne zachowanie, mające na celu walkę o przetrwanie. Dziwne? Ależ skąd! Nasze dzieci nie wiedzą przecież, że urodziły się w XXI wieku! Jest dla nich tajemnicą to, że mają piękne łóżeczko z Ikei, wstawione do ślicznego pokoiku, na 3 piętrze w bloku na zamkniętym osiedlu. Zgodnie z ich wiedzą, równie dobrze mogły się urodzić w szałasie, a jeśli nie zadbają o bliskość opiekuna to lada moment mogą stać się posiłkiem dla tygrysa. To swoją drogą dość pocieszająca sprawa – jeśli chodzisz już na rzęsach, bo Twoje dziecko nijak nie daje się odłożyć, pomyśl, że jest sprytnym i silnym organizmem sfokusowanym na przetrwanie 😉 Lepiej?
    Wracając jednak do chusty – ten długi kawał materiału, który dla wielu,  z początku, wydaje się wprost niemożliwy do zawiązania, sprawia, że możemy mieć naszego malucha cały czas przy sobie. Jemu będzie wspaniale, bo będzie nas czuć, a nam będzie wspaniale bo będziemy mogli sobie siedzieć w fotelu i czytać książkę. Ponadto, chusta jest rewelacyjnym rozwiązaniem dla wszystkich tych, którzy mają więcej niż jedno dziecko. Z trudnym noworodkiem nieraz nawet najprostsza czynność przy starszaku staje się niewykonalna. No bo jak podać obiad, zbudować wieżę z klocków, albo pójść na plac zabaw, skoro młode cały czas skrzeczy? Ano wrzucając malucha do chusty, z przodu, lub na plecy. Tak proste, po prostu.
    (Jeśli zdecydujemy się na zakup chusty, warto umówić się na spotkanie z doradcą noszenia. Kwota za taką poradę nie jest nieosiągalną fortuną, a lekcja z profesjonalistą pomoże nam dużo bardziej niż filmiki na YouTube. Te bowiem często potrafią początkujących zniechęcić).

 

Powyższe metody stosowane wymiennie, lub w różnorakich kombinacjach, sprawiły, że bez strat w dzieciach przetrwałam niemal 3 lata macierzyństwa. Wspomnienia walki nadal jednak mrożą mi krew w żyłach, więc chyba najważniejszym przekazem ode mnie dla tych, którzy borykają się z trudami usypiania jest taki – odpuśćcie. Nie ma nic bardziej frustrującego niż odkładanie dziecka po raz dziesiąty do kołyski i wkurzanie się, że już sekundę po odłożeniu ma oczy jak pięć złotych. Jeśli na waszego malca najlepiej działa spanie na waszym brzuchu – przygotujcie sobie prowiant, pilota, telefon, dvd z sezonem ulubionego serialu lub krzyżówki panoramiczne, i po prostu uznajcie, że jest to taka kontrowersyjna wersja urlopu leżącego. Jeśli wasz maluch pokocha chustę – wsadzajcie go do niej bez ograniczeń i chodźcie na piesze wycieczki. Mój mąż rok temu bardzo się zdziwił kiedy podczas spaceru podawałam mu wiele informacji na temat ludzi mieszkających w okolicy naszego ówczesnego domu. Prawdopodobnie podejrzewał mnie o bycie tajnym agentem lub rosyjskim szpiegiem – ja jednak po prostu chodziłam po kilka godzin dziennie po okolicy, słuchając sobie muzyczki, czytając gazety na telefonie czy właśnie obserwując sąsiadów. Wolałam kolejny półtoragodzinny spacer niż niekończący się płacz :). Przestańcie przeszukiwać Internet w poszukiwaniu złotej metody na wasze dziecko (oczywiście dopiero jak już zapoznacie się z tą notką 😛 ), nie wymyślajcie chorób. Czasem po prostu tak jest, że los zesłał na nas wyjątkowej klasy wyzwanie 🙂 Powiem wam jedno – ogromną satysfakcję ma się wtedy, kiedy udaje się to przetrwać. Teraz Teo przesypia całe noce, a Luna budzi się raz, czasem dwa razy (fakt faktem, że nadal śpi na mnie lub pod moją pachą). Jeszcze miesiąc temu budziła się co 20-40 minut, a ja przysięgałam, że nie zniosę tego ani chwili dłużej. Jednak my, matki, mamy gigantyczną moc. Dla dzieci przetrwamy wszystko. I choć czasem mamy dość to, no cóż, wystarczy potem spojrzeć na to nasze dziecko śpiące, i wszystko od razu wydaje się prostsze, nieprawdaż?  🙂

 

Reklamy

8 uwag do wpisu “AH ŚPIJ, KOCHANIE… czyli wszystko, co wiem o usypianiu niemowląt

  1. O to to! Desant u nas jak najbardziej! A myślałam, że tylko ja taka dziwna, gdy opowiadałam koleżankom w jaki sposób moja Polka udaje się ja drzemkę ;D

    Polubienie

  2. Hm. Super wpis, potwierdzam jako mama dzieci ktore jedynie od czasu do czasu dawały w kość. Jest tylko jedno „ale”. Tv. Czy nie jest tak że dźwięk Tv pdzebidzcowuje dzieci? Nigdy nie probowalam usypiać dziecka przed telewizorem, wydaje mi sie to absurdalne… Migający ekran i dźwięki… Z drugiej strony leżenie ze śpiącym bobo na brzuchu i oglądanie serialu brzmi spoko, niestety nie było mi dane spróbować. 😂

    Polubienie

  3. „J.M. McRury i A. J. Zalotor w 2010 roku porównali do siebie dzieci uspakajane metodą 5S (spowinięcie, położenie na brzuszku/boku, biały szum, kołysanie, ssanie – swaddle, side/stomach position, shush, swing, suck) oraz grupę kontrolną. Nie było między nimi znaczących różnic, np. w 6 tygodniu życia dzieci z grupy kontrolnej płakały 1,9 h, a z grupy „5s” 2,2 h. Dzieci z grupy kontrolnej spały 14,5 h na dobę, a dzieci „5s” 14,4 h; w 12 tygodniu dzieci z grupy kontrolnej płakały 1,2 h, a z „5s” 1,8 h. Nie zauważono różnic w poziomie stresu rodziców. ” http://rodzicielstworadosci.com/dziecko/zdrowie/5-zagrozen-plynacych-ze-spowijania-czyli-dlaczego-nie-cz-ii/

    Słowem gdzie jest udowodnione, że dzieci lubią być krępowane?

    Polubienie

    • No tak, nie ma to jak konkretne badania naukowe, które podważają to, o czym słyszymy od lat 🙂 Nie umiem się do tego odnieść – nie mam odpowiedniej grupy kontrolnej żeby takie badania podważyć, niemniej zarówno moje dziecko (to starsze) jak i wiele dzieci znajomych zdecydowanie uspokajały się zakokonione. Na Lunę faktycznie nie działało. Co ja mogę… 🙂

      Polubienie

  4. Maria Maria,ok kupuję temat bo lubię Twoją dzieciotworczość z małym ale…mianowicie dzidzia przy tv lub telefonie , a co z jego móżdżkiem narażonym na promieniowanie 😖 rozumiem desperacja ,no ale wiesz😇😈.W związku z powyższym mój sposób to leżenie chwilę przy buntowniku,udając że śpię i sama walczę ze sobą żeby nie zasnąć, po czym następuje ładnie określony przez Ciebie „desant”✌
    A propos,czy znasz jakiś złoty środek na zerwanie malucha z nałogiem „gumy w buzi” czyli smoczka bo ta guma nazwana przez delikwenta „niania” staje się priorytetem emocjonalnym 😱
    Ciesz się Kochana że nie miałaś takiej maniany jak ja ,gdy mały buntownik po wyssaniu ze mnie cieczy potrzebnej mu do życia w wieku 6m nagle przestało mu się chcieć ssać w ciągu dnia i o żadnej butelce nie było mowy mimo iż zakupiłam chyba wszystkie dostępne na rynku kolekcje a mleko modyfikowane (podane łyżeczka)powodowało grymas i otrzepanie twarzy jakby spróbował czegoś okropnego ,po czym juz ust nie otworzył i krzyk… Zostałam zmuszona przez najmniejszego członka rodziny do zakupu elektrycznej dojarki zwanej laktatorem i 4 razy dziennie podlaczajac swoje atrybuty do prądu napelnialam butelki ,aby potem cierpliwie około 200ml podawać łyżeczką i malym kubeczkiem na zmianę do małej mordki – machając swoimi nieprzytomnymi już rękami w górę i w dół… oj się działo,ale było minęło i oby już nie wróciło😤

    Polubienie

    • To znaczy tak: podobno negatywnie działa nie promieniowanie, a pole magnetyczne. Ale to pole magnetyczne mamy wszędzie w domu jeśli chociażby posiadamy wi-fi, albo posiada je nasz sąsiad, jeśli mamy antenę satelitarną, telefon komórkowy itd… Niektórzy stawiają sobie w domu takie śmieszne piramidki z jakiejś masy solnej czy innego kryształu i to ponoć pomaga 🙂 Na pewno jednak sam fakt oglądania TV nie zmienia pola magnetycznego, które według tych ludzi jest szkodliwe.
      Co faktycznie może dzieciom szkodzić to nadmierne mryganie i zmienianie się obrazów – chodzi nie o żadne promieniowanie, a o ilość bodźców, które w ten sposób dzieci otrzymują. Jednak, jak wspomniałam powyżej, u mnie Luna była w pozycji jak do karmienia, przy mnie, buzią zwrócona w moją stronę, z pieluszką tetrową lub kocykiem przy/na buzi. W żaden sposób obraz do niej nie docierał 🙂

      Jeśli chodzi o oduczenie smoczka podobno niezawodny sposób to obcinanie co jakiś czas po malutkim kawałeczku. W ten sposób naturalnie wygasza się odruch ssania 🙂

      Polubienie

    • http://www.crazynauka.pl/czy-ogladanie-telewizji-z-bliska-szkodzi/

      żeby nie było żem gołosłowna 🙂

      „„Nie siedź tak blisko telewizora bo to szkodzi!”. No właśnie – chyba każdy słyszał to hasło od rodziców (albo sam go nie wypowiadał).
      A jak to naprawdę jest z tym bliskim siedzeniem? Otóż nie szkodzi. A przynajmniej nie bardziej, niż siedzenie blisko książki, tablicy lub szafy. Tak, telewizor nie wytwarza żadnego dodatkowego promieniowania, które wpływałoby na ludzki organizm znajdujący się te 30 czy 50 cm od ekranu. Takie oglądanie nie szkodzi też w żaden sposób oczom, choć może wywołać ich zmęczenie i łzawienie. Wystarczy jednak przerwa w oglądaniu, a wszystko wróci do normy.
      Inną sprawą jest to, że nadmiar telewizji szkodzi, ale głównie poprzez zastępowanie nią innych aktywności, zwłaszcza fizycznych.”

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s