TO JUŻ ROK czyli WSPOMNIENIA Z PORODU DOMOWEGO

1

Niewiele brakowało, a wyrobiłabym się z postem na czas – czyli na wczoraj, kiedy to urodzona w domu Luna, obchodziła pierwsze urodziny. Niestety jednak postanowiłam pojechać i kupić dzieciom dwa nowe foteliki samochodowe… zdobywając tym samym nowe (poważnie traumatyczne) doświadczenie, które zasługuje na całkowicie nowy, fotelikowy post (soon to come).

Tymczasem post melancholijny i wspominkowy. Post, o który kilka z was prosiło. Post bardzo personalny. Wspomnienia z mojego drugiego porodu, który odbył się całkowicie w domu. A więc było to tak…

Zacznijmy od przygotowań. Decyzja o przywitaniu nowego człowieka w domowych pieleszach musi być każdorazowo dokładnie przemyślana. Pod uwagę należy wziąć przede wszystkim przebieg ciąży, stan zdrowia mamy, doświadczenia z poprzednich porodów, stan zdrowia dziecka – ale także warunki lokalowe, takie jak wielkość mieszkania, czy sąsiedztwo (zapewniam, że nikt z nas nie ma ochoty na słuchanie pijackiej balangi piętro wyżej podczas skurczy partych 😉 ). Ja nosiłam się z decyzją o porodzie domowym jeszcze zanim Luna zamieszkała w brzuchu. Teo rodził się szybko i raczej bezproblemowo, jednak nie byłam do końca usatysfakcjonowana postępowaniem personalu szpitala. Tak naprawdę świadomość tego, co położne robiły „nie tak” przyszła z czasem i w miarę zdobywanej przeze mnie wiedzy. Na pewno te kobitki nie chciały mi wyrządzić krzywdy, niemniej ich wiedza na temat naturalnego, nie przyspieszanego bez potrzeby, porodu, była znikoma. Nie miały problemu z przebijaniem mi pęcherza owodnieniowego (po co? może Teo urodziłby się w czepku, a przecież to super wróżba 🙂 ), czy podawaniem mi oksytocyny, mimo braku przesłanek do takich działań (czyżby poród trwający 3 godziny był za długi? ). Kiedyś zupełnym przypadkiem trafiłam na YouTube, a może na jakiś filmik wklejony bezpośrednio na Facebooka, który był najcudowniejszą na świecie relacją z porodu domowego. Dziś niestety nie jestem już w stanie go namierzyć, jednak wciąż pamiętam jak łzy kapały mi ciurkiem na klawiaturę komputera. Sprawa była przesądzona – też tak chciałam, i kropka.

(tu przykład relacji z PD, to chyba jedna z moich ulubionych, ręka do góry kto nie ryczy oglądając 😉 )

Następnym krokiem na drodze do szczęśliwej finalizacji porodu w domowym zaciszu, jest namierzenie odpowiedniej położnej lub lekarza. W naszym wypadku spotkaliśmy się z dwoma osobami. Pierwszą była dość znana w Trójmieście położna, odbierająca porody domowe. Mimo tego, że była bardzo sympatyczna, coś nam nie do końca pasowało (m.in. to, że w tym samym czasie termin miała jej córka, więc na wstępie poinformowała nas, że jej wybór priorytetu będzie oczywisty – o co naturalnie nie mam żadnej pretensji 😉 ), więc szukaliśmy dalej. Wtedy trafiliśmy na cudownego lekarza, dr. Romana Jankowskiego, który porodami domowymi zajmuje się już od wielu lat. Gdy tylko weszliśmy do poczekalni w jego gabinecie, a Tymon zobaczył rozstawioną tam perkusję (tak tak, bo obok gabinetu doktora, jest sala prób jego syna 🙂 ), poczułam, że będzie dobrze. Pan doktor miał jeszcze jedną pacjentkę na mniej więcej taki sam termin (z tego miejsca serdecznie pozdrawiam Zuzę 🙂 ), ale zaufaliśmy jego doświadczeniu, które mówiło, że szansa na dwa porody dokładnie w tym samym dniu, jest znikoma.

Dla własnego spokoju, miałam również w odwodzie wybrany szpital. Nigdy nie wiadomo, jak sytuacja się potoczy, więc warto mieć już wcześniej wybrany kierunek awaryjny. U mnie na szczęście nie było potrzeby ruszyć się dalej niż na kilka metrów od własnej wanny 😛

Czas start: 4 nad ranem, 18 kwietnia 2015.

IMG_8929

Oto pamiątkowa fotografia z poranka, kiedy zaczęłam rodzić. Teo spał obok mnie, a ja budziłam się co 20-30 minut na pierwsze, nieregularne skurcze. Pomiędzy nimi, przytulałam Teo i myślałam o tym, że to już ostatnia chwila, kiedy jestem z nim tylko we dwoje. Nie powiem, był wzrusz 😉

Około 7:00 ostatecznie wstałam i zdecydowałam, że chyba czas zadzwonić po moją wspaniałą doulę, Karolinę Karpowicz (Fanpage Karoliny). Niedługo później musiałam w końcu przyznać sama przed sobą, że to już „TO”. Wiązało się to z odwołaniem biednej ekipy Dzień Dobry TVN, która od godziny była już w drodze do Trójmiasta, żeby zrobić reportaż z przygotowań do porodu domowego ( 😀 ). Ok godziny 9:30-10:00 przyjechał dr. Jankowski, wtedy też na dobre rozkręciła się regularna akcja skurczowa. Młodego obywatela o imieniu Teo niedługo później przejęła babcia, wcześniej natomiast umilał mi czas porodu tłukąc mnie klockami (zostałam oskarżona o bezstresowe wychowanie, kiedy wspomniałam o tym w reportażu dd TVN, wyjaśnię więc, że jestem prawie pewna, że to był jego sposób na rozładowanie stresu, w związku z dość jednak, mimo wszystko, nietypową sytuacją 😉 ).

IMG_9007

IMG_9008

W tych przyjemnych okolicznościach przyrody, skacząc sobie na piłce, czym przyspieszałam postępowanie porodu, oraz podjadając ciastka ze strategicznie ulokowanej miski, dotrwałam do ok. 6cm rozwarcia. To ta pierwsza część porodu, która zarówno u Teo, jak i Luny, była raczej lajtowa. Z tego co pamiętam więcej się śmiałam, niż jęczałam z bólu. Tymon z dr. Jankowskim rozmawiali chyba o medycynie naturalnej, albo o kuchni pięciu smaków. No, a Teo, jak to Teo, nadal broił. Gdzieś w międzyczasie poszedł spać na drzemkę i chyba nawet sama przygotowałam mu mleko, taka jestem super mama 😛 W końcu nadszedł ten moment, kiedy zdecydowałam, że pora obrać kierunek na wannę.

Tu warto chwilę się zatrzymać i opisać dość istotny element większości porodów domowych, czyli zbiornik wodny 😉 We wszystkich niemal filmikach na YouTube, takich jak ten wklejony powyżej, można zobaczyć super wypasione, wygodne, duże baseny porodowe. Taki basen można sobie samemu zasponsorować z okazji porodu, można też go wypożyczyć. Warto jednak pamiętać o tym, żeby mieć stuprocentową pewność co do nośności stropu 😉 Ja tej pewności nie miałam, jako że wtedy mieszkaliśmy jeszcze w wynajmowanym domu, który zbudowany został przed II Wojną Światową. Nie miałam ochoty sprawdzać sumienności pracy przedwojennych murarzy, podczas skurczów porodowych, albo przekonać się jak spada się przez strop w basenie z kilkunastoma litrami wody 😉 toteż ostatecznie zdecydowałam się na mniej komfortową, ale bardziej pewną, wannę. Wbrew temu, co wiele osób sądzi, wanna do porodu nie musi być wcale wielka. Na pewno warto żeby była szersza, niż standardowa, jeśli chcemy urodzić dziecko do wody. Jeśli natomiast chodzi nam o samo ukojenie bólu, podczas skurczów, spokojnie damy radę w każdej standardowej wannie, długiej i wąskiej, trójkątnej, czy jakiejkolwiek innej. Zupełnie swoją drogą – ja wcale nie planowałam w wannie zostać do samego końca. Wręcz pamiętam, że w pewnym momencie miałam misję, żeby się z niej wydostać. Jednak samo uniesienie targanego skurczami cielska, i niezdarna próba przetransportowania go choć pół metra dalej, pokazała, że relokacja jest poza moimi możliwościami. No i tak już zostałam 😀

IMG_7547

Pamiętam, że jednym z najbardziej rozczulających wspomnień związanych z porodem, i tą jego częścią, która odbywała się w wannie, było to, że tuż obok mnie leżały wszystkie kąpielowe zabawki Teo. Tu niby doniosłość chwili – skurcze, poród, nadchodzące, nowe dziecko, a tuż obok gumowa kaczka, matchboxy i kubeczki do przelewania wody 😉

Przypomniała mi się jeszcze jedna cenna uwaga, dla wszystkich entuzjastów domowych, wodnych porodów. Jeśli macie boiler, przygotujcie sobie dużo sporych garnków i od razu wyślijcie kogoś na kuchnię żeby zajął się podgrzewaniem cieczy 😛 W moim wypadku niestety ciepła woda skończyła się dość szybko, a ja wcale nie zamierzałam wtedy jeszcze wyłazić na ląd. W efekcie Karolina zasuwała co chwila piętro niżej i grzała wodę w czajniku. Pamiętam, że jak tylko odchodziła i przestawała masować mnie po krzyżu, wyłam jak porzucony, mały szczeniaczek 😀

A tak wygląda człowiek, jak go boli:

IMG_9009

W końcu, po ok. 1,5h wodnej żeglugi (która dla mnie równie dobrze mogła trwać i 15h bo miałam kompletnie zaburzone poczucie czasu), na świecie pojawiła się Luna. Była to dokładnie godzina 16:20, czyli ok 12h po pierwszych, nieregularnych skurczach, które zaczęły się nad ranem. To o tyle ciekawe, że mój pierwszy poród trwał w całości 3,5h, z czego 2,5h w szpitalu. W domu, z Luną, byłam jednak o wiele spokojniejsza, czułam, że nie muszę się nigdzie spieszyć, mogłam powoli odczuwać każdy z etapów porodu.

Czas stop, 18 kwietnia 2015, godz. 16:20:

FullSizeRender

Tu pan Ojciec dokonuje swojej prezentacji:

IMG_8942

 

A tak prezentowaliśmy się wszyscy (Tymon robił zdjęcie chyba) już w kilka minut po porodzie:

IMG_8941

I to zdjęcie jest dla mnie chyba prawdziwym clue domowego porodu. Ale jak to? Że nie te całe świeczki, nastrojowa muzyczka w trakcie, baseny, biegające dzieci w tle? No nie. Na serio najwspanialszą rzeczą, wynikającą z porodu w domu, było do mnie to, że mogłam… wejść do własnego łóżka. Do własnej pościeli. We własnej sypialni. Mogłam napić się własnej herbaty, z własnego kubka. Mogłam w końcu, a raczej przede wszystkim, wziąć własnego syna, i zapoznać go z własną córką. Położne w szpitalu pewno już by doświadczały ciężkich palpitacji serca – brudny dwulatek, niemal prosto z podwórka, w łóżku z noworodkiem. Hańba. Niemniej, Luna nie dostała przez to żadnego śmiertelnego zapalenia płuc, ani innej okropnej choroby. Za to fakt, że mogli zobaczyć się po raz pierwszy niemal od razu po tym, jak Lunka opuściła brzuch, na pewno bardzo pozytywnie wpłynął na relację między nimi. Żeby jednak nie było zbyt cukierkowo, szczerze przyznam, że jakieś 10 sekund po wykonaniu tej fotografii Teo uznał, że siostra jest nudna, i poszedł dalej bawić się w ogrodzie 😉

Na koniec dla tych, którzy nie widzieli, albo dla tych, którzy zobaczyć chcą raz jeszcze, materiał dd TVN:

Poród w domu? Nie ma się czego bać.

(Pierwszy filmik to rozmowa ze studio, poniżej jest materiał nagrywany w Gdańsku).

 

Jakby ktokolwiek z was miał jakieś pytania dotyczące porodu domowego – zapraszam tu, w komentarzach, na maila – marianataliatymanska@gmail.com, lub na facebooka – MariaBros Maria Natalia Tymanska ).

 

Reklamy

5 uwag do wpisu “TO JUŻ ROK czyli WSPOMNIENIA Z PORODU DOMOWEGO

  1. Bardzooooooooooooo dziękuję za ta relację i serdecznie pozdrawiam z Domu Narodzin św. Rodziny w Łomiankach. Jest ten dom ale ja i tak uważam, że własny jest najlepszy dla tej, która chce i może.
    Wanda Ekielska.

    Polubienie

  2. Świetnie, że udało Ci się bezproblemowo urodzić w domu, mam nadzieję że takich porodów będzie przybywać, sama o takim właśnie marzę 🙂
    Szkoda tylko, że Twój tekst tak bardzo oskarża położne. Studiuję położnictwo i wierz mi lub nie, to nie one decydują o medycznych ingerencjach w poród – przebicie pęcherza, podanie oksytocyny, ba, głupie wkłucie kaniuli (tzw. wenflonu) musi byc zlecone przez.. Lekarza.
    A więc to nie kwestia znikomej wiedzy położnych na temat naturalnego przebiegu porodu, a raczej znikoma wiedza pacjentek na temat funkcjonowania szpitala. Szkoda, że zawsze obrywa się położnym, podczas kiedy lekarze są wywyższani pod niebiosa (a w trakcie porodu prawie ich nie widać przy pacjentkach).
    To tyle, mam nadzieję że wzrośnie świadomość kobiet, bo każda z nas chce być jak najlepszą położną, ale do tego potrzebna jest też odpowiednia motywacja.
    Jeszcze raz gratuluję wspaniałego porodu w domowym zaciszu!:)

    Polubienie

    • A widzisz, faktycznie o tym nie wiedziałam. Jestem jednak w szoku jak położne były w stanie o cokolwiek pytać lekarza, skoro mój poród trwał 2,5h i w sumie niemal od razu po przybyciu do szpitala miałam skurcze parte 😀

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s