JAK ZDERZYŁAM SIĘ Z RZECZYWITOŚCIĄ

DSC_6575

W toku ewolucji nie mógł powstać gatunek, w którym dzieci doprowadzałyby swoich rodziców do szału – to byłoby wbrew logice

Jean Liedloff „W głębi kontinuum”

 

Pamiętam, jak dowiedziałam się o pierwszej ciąży. Był listopad, siedziałam sama w mieszkaniu, miałam dwa testy ciążowe w szafce i nie mogłam się doczekać dnia spodziewanej miesiączki, żeby w końcu je bezczelnie obsikać. Staraliśmy się z Tymonem o dziecko już od dwóch miesięcy, co na ówczesną chwilę wydawało mi się wiecznością. Kiedy w końcu (obsikany) test pokazał dwie kreski, szalałam ze szczęścia. Niedługo potem zaczęło się przekazywanie cudownych wieści, radosne pianie przez telefon, oglądanie dziecięcych ubranek na stronach najpopularniejszych sieciówek. No i oczywiście wyobrażanie sobie, jak to wszystko będzie wyglądać, jak już młode się powije.

Od dłuższego czasu byłam fanką Super Niani. W sensie, serio – taką psychofanką. Taką, jaką teraz jestem Kuchennych Rewolucji i Magdy Gessler (big time fan). Głaskałam się po brzuchu i mówiłam z dumą: „No więc tak – moje dziecko nie będzie mną dyrygowało. Moje dziecko będzie jeździło w wózku, spało w łóżeczku. Będzie jeść co 3 godziny, a jak tylko wykaże najdrobniejsze symptomy niesubordynacji, zostanie w trybie natychmiastowym postawione do pionu i wymusztrowane niemowlęcą wersją karnego jeżyka.”. W tamtym okresie nie widziałam nic złego w sadzaniu histeryzującego w panice dziecka na jakimś abstrakcyjnym krzesełku w kącie i wymierzaniu mu kary wprost proporcjonalnej do jego wieku. Z podziwem w oczach oglądałam magiczne niemal przemiany małych Damienów z „Omenu” w aniołki „tak-nie-proszę-pani-matki”. Wypłakiwanie w łóżeczku? No raczej! Przecież nie będę tego rozwydrzonego bachora na rękach nosić, kaman. Ileż można? Zupełnie jakby kilka miesięcy życia to było już „tyleż”, czyli o wiele, wiele za dużo jak na jedną, małą, biedną mnie.

Brzuch rósł, a ja utwierdzałam się w swoich przekonaniach. Szczepienia – super. Mleko modyfikowane – cud techniki (do jednego i drugiego tematu jeszcze kiedyś wrócę 😉 ). … a potem pojawił się Teo.

Powiedzmy sobie wprost – ten mały człowiek od pierwszego dnia swojego życia nie brał jeńców. Nie był to niemowlak, który sobie słodko leży i mruga wielkimi, pięknymi oczkami. Zdecydowanie nie. Teo, gdy tylko odespał poród, zaczął natychmiast niezwykle stanowczo pokazywać, co sądzi na temat moich planów i przekonań. Po kilku dniach już wiedziałam, że jestem w ciemnej dupie. Prawda była taka, że mogłam obsesyjnie trzymać się tego, co postanowiłam przed porodem, albo odpuścić całkowicie. Próbowałam oczywiście opcji numer jeden, ale teraz już wiem, że moment, kiedy odpuściłam, był ostatnim, kiedy mogłam to zrobić bez ofiar w ludziach (tych dorosłych). Byłam o krok od wielkiej przepaści, którą dziś mogę już nazwać depresją poporodową, a każda sytuacja, kiedy uparcie walczyłam o jakieś nienaturalne reakcje na zachowanie mojego dziecka, była kolejnym krokiem w tej przepaści kierunku. Nie pozostawało mi nic innego jak odpuszczenie. Dziesięć głębokich oddechów, żeby zrozumieć, że dzieci to nie Furby. I za cholerę nie ma do nich instrukcji obsługi. Jest tylko jedna, podstawowa zasada, która zawsze działa – postępuj tak, żeby przetrwać w jak najlepszej kondycji zarówno psychicznej jak i fizycznej, i rób to, co daje Tobie i Twojemu dziecku szczęście.

Proste? Niekoniecznie.

Zastanawiam się w tym momencie, czy jest w ogóle możliwe, żeby tym, co daje niektórym matkom szczęście, było dwutygodniowe wypłakiwanie niemowlaka według wyczytanej u Tracy Hogg techniki 3-5-7. Techniki, zauważmy, wykonywanej w imię samodzielności dziecka, które jest przecież niewiele większe od świnki morskiej i mniej więcej tyle samo kuma (SAMODZIELNY NIEMOWLAK – jak to dla was brzmi? ). Myślę, że każda taka mama musiałaby sama sobie odpowiedzieć na pytanie, czemu to robiła i jaki wpływ na jej psychikę miało słuchanie płaczu swojego malucha zza drzwi. Ile z nich uważa, że to im dało szczęście?

Okazuje się, że bycie intuicyjnym w wychowaniu (a raczej postępowaniu – bo przecież u takiego malca o żadnym wychowywaniu nie ma jeszcze mowy) nie jest wcale oczywiste. Zaryzykowałabym wręcz stwierdzenie, że postępowanie tak, jak sugeruje nam dziecko czy ten dziwny głos w głowie, który lubię nazywać zewem natury (#takajestemeko ), traktowane jest w dzisiejszych czasach jak niepokojący szamanizm, jakaś zachodnia eko-tendencja związana na bank z promocją kaszy jaglanej albo, w najlepszym wypadku, skrajna nieodpowiedzialność (wszakże najlepiej postępować dokładnie tak, jak radzi pediatra i bestseller z empiku).

Dla mnie bezpieczną przystanią i odpowiedzią na większość wątpliwości (tak, większość – wszakże nie ma rozwiązań idealnych) okazało się Rodzicielstwo Bliskości (ang. Attachment Parenting ). Czułam się jakby ktoś zapalił mi żarówkę setkę (nielegalną w Unii :o) we łbie. Bach, i stała się jasność. Po co uparcie odkładać dziecko, skoro w Twoich ramionach spokojnie śpi przez długi czas, a w łóżeczku budzi się po kilku minutach? Po co zmuszać siebie i dziecko do samotności, skoro natura, mając w tym niewątpliwie jakiś cel, stworzyła nas tak, abyśmy pragnęli być blisko (świadczą o tym chociażby hormony wytwarzane w organizmie matki, kiedy widzi i czuje swoje dziecko)? Po co karmić z zegarkiem w ręku, skoro dziecko, odstawione od piersi, płacze, a Tobie mleko sika z cycków fontannami, na prawo i lewo? Nagle świat stał się dużo bardziej oczywisty i intuicyjny (choć wcale nie prosty, o nie! Nadal byłam przecież niewyspana, wkurzona na to, że dzieci koleżanek są spokojne i „grzeczne” i generalnie obrażona na niesprawiedliwość świata). Nagle nie potrzebowałam poradnika, który kategorycznie zabraniał mi usypiania dziecka przy piersi czy butelce (wciąż nie wiem, jaki jest sensowny ku temu argument). Moje dziecko było dla mnie kompasem. To ono pokazywało mi, co powinnam zrobić i jak powinnam to zrobić. Trzeba było tylko nauczyć się na nowo słuchać siebie – i jego.

To chyba ten moment, żeby odpowiedzieć na pytanie z tytułu posta – jak zderzyłam się z rzeczywistością? Mocno. Szybko. Brutalnie. Ale też bardzo pięknie. I… z happy endem.

To ten rodzaj brutalnego oświecenia, którego życzę wszystkim młodym, ale i doświadczonym mamom. Tym, które czują, że gdzieś się pogubiły na ścieżce swojego macierzyństwa. Pamiętajcie, że najprawdziwsza odpowiedź na wszelkie wasze wątpliwości znajduje się w was samych i w waszej relacji z dzieckiem, nie zaś w mądrych książkach czy w gabinecie lekarza.

#keepcalmandsłuchajdziecka #mariatakapoważna #towalnęchociażhasztagi

 

… gdybyście jednak chciały (chcieli?) koniecznie mądrych książek 😛 to serdecznie polecam te tytuły. Jest ich dużo więcej lecz polecam wam te, które sama przeczytałam:

„W głębi kontinuum” – Jean Liedloff

„Księga Rodzicielstwa Bliskości” William Sears, Martha Sears

„Dziecko z bliska” Agnieszka Stein

 

 

#rodzicielstwobliskości #macierzyństwo #bliskość #wychowanie

Reklamy

20 uwag do wpisu “JAK ZDERZYŁAM SIĘ Z RZECZYWITOŚCIĄ

  1. Rodzicielstwo Bliskości to była najlepsza „rzecz” jaka mnie spotkała już w ciąży. Zmieniło to nie tylko moje spojrzenie na dzieci ale na relacje w ogóle. Jestem lepszym człowiekiem. Tak, jestem ekosreko i uważam, że jest to dobre 🙂 zapraszam do mnie na blog, ludzie myślący podobnie łączmy się 🙂 pozdrawiam Kaha.

    Polubienie

  2. Książka Tracy Hogg była najlepszym, co mnie spotkało przy wychowaniu dwójki corek – dodam, z bardzo różnym temperamentem. Oczywiście modyfikowalam niektóre porady , dostosowywalam je do moich dzieci, natomiast intuicyjnie wiedziałam, że dla NAS to jest najlepsze. Zaowocowało to dziećmi śpiącymi samodzielnie od pierwszych miesiecy zycia,bez konieczności noszenia, bujania, z możliwością pozostawienia ich na noc z pokarmem z dobrą duszą niebędącą rodzicem, z brakiem histerii w przedszkolu i na obozach sportowych w wieku lat sześciu. Ale mi to wlasnie instynkt podpowiadal. Za co mu serdecznie dziękuję 🙂

    Polubienie

    • Oczywiście, są bardzo różne dzieci! A w każdej książce można znaleźć coś wartościowego. Chodzi jednak o pewne zaślepienie w słuchaniu absurdalnych rad – a u Tracy Hogg tych absurdalnych rad jest naprawdę sporo 🙂 Na pewno przydatne u wielu dzieci jest trzymanie się pewnego rytmu dnia – tu obserwacja schematu i pilnowanie się go jest super – ale czy jest jakieś sensowne wytłumaczenie np. zabraniania dziecku spania po jedzeniu? 😉
      No i warto zauważyć jedną rzecz – są dzieci, które od pierwszych dni życia nie potrzebują noszenia ani bujania. Ciężko ocenić – możliwe, że Twoje dzieci właśnie takie były a książka Tracy po prostu pomogła ci na drodze, która i tak była waszą drogą. Sprawa jest dużo cięższa w przypadku dzieci trudnych, wymagających właśnie tego noszenia i tulenia, dzieci, które natychmiast wyczuwają brak matki i reagują na niego dużym niepokojem. W przypadku takich dzieci trzymanie się rad Tracy jest naprawdę fatalne w skutkach, bo, cóż powiedzieć, pewnych rzeczy po prostu nie da się przeskoczyć 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      • Mi też pomogła Tracy Hogg. I to właśnie w jej książce wyczytałam, że metoda 3-5-7 jest bezduszna i juz się jej nie poleca. Tracy Hogg nie pisała również nigdy, że dziecko nie może spać po jedzeniu. Pisała, że nie powinno zasypiać podczas jedzenia. To dwie zupełnie różne rady.

        Polubienie

      • OK, być może. Lecz wciąż – jaki jest sensowny powód, żeby dziecko nie zasypiało podczas jedzenia? Ewolucyjnie zostalismy tak stworzeni, że ssanie nas uspokaja i usypia – myślę, że nie bez powodu 🙂

        Polubione przez 1 osoba

    • „Bez konieczności noszenia”? Gdy ktoś sugerował mi odłożenie dziecka do łóżeczka w pierwszych kilku tygodniach jego życia, to miałam ochotę gryźć. Gdybym zrobiła to za namową jakiejś książki wbrew sobie, to byłabym bardzo nieszczęśliwa. A tak, wspominam te pierwsze miesiące jako najcudowniejszy okres w moim życiu, który przecież juz sie nie powtórzy. Dziecko we własnym łożku będzie spać przez kolejne dziesieciolecia, a na moich rękach tylko tych kikla krótkich miesięcy – nie rozumiem, dlaczego miałabym własnoręcznie pozbawić sie tej przyjemności.

      Polubione przez 1 osoba

  3. Maria napisałaś o mnie😃 miałam tak samo.w ciąży byłam wielkim radykalem. Mój młody szybko pokazał mi jednak gdzie moje miejsce. Skakałam na piłce nosiłam bo miał alergie na łóżeczko.generalnie byłam głodnym,totalnie niewyspanym zombi z dzieckiem na ręku 24h. I te komentarze co karmisz go butla? ( mimo że własnym mlekiem – nie chciał ssać cyca taki bunt), po co się męczysz z laktatorem daj mu modyfikowane, nie dawaj mu modyfikowanego, odłóż go bo nie dasz rady, nie dawaj smoczka, daj smoczek aaaaaaa. Nie wiem jak to
    przeżyłam i nie zwariowalam. Przy drugim nastawilam się na hardcore. Przygotowałem się kupiłam chuste, mleko modyfikowane gdyby nie ssal ( ssie do tej pory już 2 lata nie wiem jak go odczepic mam nadzieję że odpuści) , wywalilam męża z łóżka i spalam z dzieckiem zasypiajacym przy cycu..kurde przy dziecku da się odpocząć 😃. A komentarze są i zawsze będą nadal karmisz, po co karmisz, niech nie śpi z tobą, nie przy cycu aaaa.olac i robić swoje. Intuicyjnie.

    Polubienie

  4. a ja nie miałam czasu na czytanie książek ani w ciąży ani tymbardziej po porodzie. Na szczęście u mnie niewielka była różnica między wyobrażeniami a rzeczywistością.

    Polubienie

  5. „najprawdziwsza odpowiedź na wszelkie wasze wątpliwości znajduje się w was samych i w waszej relacji z dzieckiem” Też tak rozumiem RB. Ja zainteresowałam się w ciąży różnymi teoriami nt. wychowywania dzieci. Trafiłam m.in. na książki Mamanii i poczułam, że kliknęło; że to moje. I tak zostało, ale czasem mam wrażenie, że to droga pod górę… Zwłaszcza, że z wymagającego niemowlęcia wyrósł wymagający dwulatek. Peace!

    Polubienie

  6. Pod koniec lipca urodziłam moje drugie dziecko. Stało się tak, że w wyniku komplikacji po cesarce synek trafił na trzy dni do inkubatora, a ja z powrotem na stół operacyjny i potem trzy dni na oddział chirurgii. Te trzy doby ja nie widziałam jego, a on mnie. Poskutkowało to tym, że moje serce skamieniało, a kolejne tygodnie, kiedy byliśmy już razem, synek wyłącznie spał i płakał – na zmianę. Ten płacz był nieustający, dopóki nie doprowadził go do snu. A ja mechanicznie się nim opiekowałam, pozostając emocjonalnie gdzieś z boku. W końcu pewnego wieczoru przytulając się do mojego partnera i przeżywając w myśli kolejny raz traumę wydarzeń poporodowych, spadło na mnie oświecenie niczym grom z jasnego nieba. Skoro ja tak to wszystko przeżyłam, jest mi cholernie źle i co wieczór muszę zasypiać przytulona do partnera, to czyż ten mały człowieczek nie czuje tego samego? A może jest mu jeszcze ciężej, bo nic z tego co się działo nie rozumiał. Czy mnie mąż zostawia w sypialni metodą 7-5-3, abym nauczyła się sama spać po tym wszystkim??? Od dwóch tygodni moje nastawienie, tak jak Twoje Marysiu, zupełnie się zmieniło. Synek jest tulony, noszony, pierś dostaje nawet co godzinę, jeśli ma taką ochotę (jeśli nie ma, po prostu odwraca głowę i rozumiem ze chodzi o coś innego). Zasypia wieczorem na moich rękach, a kiedy obudzi się w nocy, biorę go do dużego łóżka ustawionego w jego pokoju przy łóżeczku – bez stresu, ze muszę go zaraz odłożyć, bo się przyzwyczai.Pieścimy się, niuniamy i jest nam z tym dobrze! Ja się w nim zakochałam, a on płacze o 80% mniej!!! I wcale nie jest moim oczkiem w głowie, bo mam jeszcze trzyletnią córkę, z którą uwielbiam spędzać czas. Ja nie mogę mieć już więcej dzieci (tak się to smutno skończyło…), więc przeżyje to macierzyństwo na maksa – wsłuchując się w potrzeby moje i moich dzieci!

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s